Pierwsza generacja Renault Twingo za 300 tys zł? Brzmi wręcz absurdalnie. A jednak, francuski tuner Lazareth po kilku wersjach przerobionego Mini przedstawił właśnie inny mały „wozik”. W podstawowej wersji posiadające silnik o pojemności 1,2 L silnik Twingo miało ok. 60 KM. W wersji zaprezentowanej przez tuner, auto może pochwalić się trzykrotnie wyższym wynikiem. Umieszczony za fotelami kierowcy silnik ma bowiem 3,5 L pojemności i 180 KM i pochodzi z Range Rover’a. Nie wiedzieć czemu wykorzystano akurat tą paliwożerną jednostkę napędową, ale małe Twingo musi mieć niezłego kopa (niestety tuner nie podaje osiągów). Bugatti Veyron’em Twingo na pewno nie jest, ale na pewno obejrzałbym się za taką zabawką na ulicy. Jeżeli chodzi natomiast o cenę to… hmmm… znamy samochody, które mogą się pochwalić na pewno nie gorszymi osiągami i właściwościami jezdnymi, ot choćby wiele mówiące M lub RS. Ponadto pytanie, czy to autko w ogóle jest bezpieczne. Osobiście poza tor bym takim autem nie wyjechał, bo nie wyobrażam sobie nieszczęśliwego wypadku w tym aucie, przy 80 km/h, a co dopiero przy maksymalnej jego prędkości. Śmiem twierdzić, że podobnie jak kiedyś mówiono o „Maluszku” i w tym przypadku strefa zgniotu jest do silnika. Niemniej ciekawy to projekt, więc zapraszam do oglądania:
Pośpiech, aby zdążyć do pracy czy na ważne spotkanie jesienną lub w szczególności zimową porą, może zakończyć się wielkimi nerwami. Pozostawienie sobie czasu na postój w korku lub wolniejszą jazdę z powodu trudnych warunków atmosferycznych nie pomoże w walce z występującą w tych porach roku niską temperaturą. Termometr wskazujący wartości około i poniżej 0*C w połączeniu z padającym deszczem lub śniegiem oznaczać może jedno – kłopoty.
A powodem nerwów mogą być tak banalne i trywialne wydawałoby się elementy samochodu, jakimi są uszczelki. Wilgotne od deszczu bądź śniegu, przy dodatkowym oddziaływaniu niskiej temperatury, przymarzają do siebie, skutecznie uniemożliwiając otwarcie drzwi lub klapy bagażnika. Szarpanie za klamkę i siłowe próby dostania się do samochodu mogą spowodować trwałe uszkodzenie uszczelek, którego skutkiem będą późniejsze przecieki wody do wnętrza auta. Należy zatem prewencyjnie zabezpieczyć gumowe elementy pojazdu, aby uniknąć wymienionych wątpliwej przyjemności przygód lub wzroku zdziwionych przechodniów, gdy do auta wsiada się przez bagażnik. Zabezpieczenie uszczelek polega jedynie na spryskaniu gumowej powierzchni oraz przetarciu szmatką. Dzięki użyciu dedykowanych środków powstaje warstwa silikonu, do której zamarznięta woda z pewnością nie przywrze. Po użyciu produktu uszczelki nie parcieją, nie przylega do nich kurz oraz – co najważniejsze – nie pozostaje tłusty, brudzący nalot. Produkty można kupić w marketach i sklepach motoryzacyjnych za ok. 6-7 zł. Opakowanie wystarcza na regularne stosowanie przez cały sezon, zatem fundusze na tak drobną inwestycję powinien wygospodarować każdy kierowca.
Fotoradary rosną jak grzyby po deszczu. Są obecne chyba już przy każdej drodze krajowej, w każdej miejscowości, gdzie istnieje jakiekolwiek zagrożenie. Urządzenia mają służyć celom prewencyjnym, kierowca poinformowany za pomocą znaku o obecności masztu ściąga nogę z gazu, by dostosować prędkość do obowiązujących ograniczeń. Owszem słuszna to droga rozumowania i nie powiem całkiem skuteczna metoda na rozpędzonych kierowców. Większość z nich zwalnia przed samymi masztami, jednak pytanie, co robią po minięciu tegoż. Z iloma kierowcami nie przyszło mi jechać, każdy przed fotoradarem dostosowuje prędkość do ograniczeń, następnie… redukuje bieg i przyśpiesza. To trochę jak zabawa w kotka i myszkę. Taka gra niestety bywa tragiczna w skutkach. Niestety wielu kierowców dojeżdżając do fotoradaru, bądź patrolu policji ustawionego przy drodze, gwałtownie hamuje. Skutki tego faktu mogą być opłakane. Widząc fotoradar lub celującego do nas (z radaru ręcznego) policjanta, u wielu kierowców odzywają się instynkty, które nakazują zrobić wszystko, żeby nas nie złapano. Może uda się jeszcze uratować sytuację, zaoszczędzić czas i pieniądze. Jednak reagując w ten sposób ściągamy na siebie także wielkie zagrożenie. Jadący z tyłu pojazd nie widzi drogi w takim stopniu, jak samochód poruszający się na czele. Chwila nieuwagi, mocne hamowanie, a samochód jadący za nami wbija się z impetem w nasz tył. Drugim przykładem może sytuacja, kiedy droga jest mokra i śliska. Wystarczy auto bez ABSu, których nadal po polskich drogach jeździ pokaźna liczba, zablokowane koła i poślizg. Czym się kończy taki manewr w wymienionych okolicznościach możecie zobaczyć w filmie poniżej.
I teraz pytanie, jaka jest zasadność stawiania kolejnych fotoradarów przy drogach. Czy aby na pewno jest to tylko prewencja, czy czasami też sprowadzanie zagrożenia na kierowców? A jeżeli już ktoś się upiera przy zdaniu, że to wszytko dla bezpieczeństwa kierujących pojazdami, to ja pragnę zapytać, gdzie trafiają pieniądze, które wpływają z zapłaconych przez obywateli mandatów? Mam nieodparte wrażenie, że fotoradary są traktowane w gminach jak inwestycje, których celem jest podreperowanie samorządowego budżetu. Poczytajcie po prostu wypowiedź samorządowców:
Fotoradarów nie stawia się po to, by zapewnić komukolwiek bezpieczeństwo. Dodatkowe etaty stworzone miały być do obsługiwania… maszynki do robienia pieniędzy. Zadaniem nowozatrudnionych strażników miejskich miała być praca przy wspomnianym fotoradarze oraz wypisywanie wezwań do zapłaty i adresowanie kopert, a nie patrolowanie ulic (SIC!). I niech nikt nie mydli oczu, że to dla bezpieczeństwa!
Podobnie rzecz się ma z ukrywaniem fotoradarów w przeróżnych miejscach- w śmietnikach, jako elementy barier zabezpieczających, czy (podobno) lufach stojących przy drogach czołgów, a także chowający się w przydrożnych rowach policjanci z przenośnymi urządzeniami pomiarowymi. Kierowca nieświadomy kontroli nawet nie zwalnia. Po miesiącu przychodzi zdjęcie do domu, a kierowca nawet nie pamięta, gdzie taki pomiar mu wykonano. Owszem na fotografii podana jest nazwa miejscowości i ulicy, zatem zapobiegawczo w tych miejscach będzie zwalniał, a w pozostałych… będzie jeździł jak dotąd.
www.mmszczecin.pl
Oczywiście łamanie przepisów jest złe, bardzo złe i nie podlega dyskusji. Na przekraczanie prędkości w Polsce jest po prostu społeczne przyzwolenie. Nie znam osobiście kierowcy, który nie łamie przepisów w tym punkcie. Jednak jest to spowodowane wydaje się tylko stanem naszych dróg i ich oznakowaniem. Zatem mam apel, żeby właściciele fotoradarów w Polsce zamiast traktować te urządzenia jako żyły złota, założyły fundusz, który sprawi, że nasze drogi krajowej nie będą miały po jednym pasie ruchu i metrowym poboczu w jedną stronę, a co najmniej dwa, co znacząco usprawniłoby ruch i bezpieczeństwo! Niech ludzie jeżdżą po 120 km/h (bo i tak to obecnie robią), ale przy wyprzedzaniu nie ryzykują życia zmieniając pas na przeciwległy. Dziś podróżując po Polsce widać remonty, inwestycje, którymi chwalą i szczycą się władze, ale co z tego, jeżeli droga krajowa oprócz nowej nawierzchni i półmetrowego pobocza nie zmienia swojego kształtu. Ja się pytam w tym miejscu, czy za 5 lat dobudujecie Państwo jeszcze po 1,5 m z każdej strony i zrobicie po 2 pasy w każdym kierunku? Nie wydaje mi się, zatem czy lepiej zrobić coś raz, a dobrze, czy działać półśrodkami.
Zapraszam do dyskusji w komentarzach, chętnie zapoznam się z Państwa opinią
Jak wynika z ubiegłorocznego badania MotoFinance Track realizowanego przez TNS OBOP,
55 % polskich kierowców sezonowo wymienia opony z letnich na zimowe na jesieni i odwrotnie z zimowych na letnie, gdy nastanie wiosna. Większość z nich, bo aż 80% ściągnięte ogumienie przechowuje samemu w domu, garażu lub strychu. Jako, że 2/3 badanych- 66% deklaruje, że jeździ na komplecie ogumienia 3 lub więcej sezonów, warto pochylić się nad tematem odpowiedniego zakonserwowania opon na czas, kiedy leżą schowane w workach w pomieszczeniach gospodarczych. Czynności związane z zapewnieniem optymalnych warunków i czystości zajmują nie więcej niż 15 minut, a zdecydowanie wydłużają żywotność ogumienia.
Po pierwsze, jesień jest porą deszczową, więc zmieniając ogumienie przy takiej aurze bezwzględnie należy pamiętać, że ściągnięte koła zapewne będą namoknięte. W warsztatach i serwisach, opony zostają zapakowane w plastikowe worki, aby po wymianie nie pobrudzić Klientowi tapicerki lub bagażnika pozostałościami kurzu czy błota.
Woda, która pozostaje na oponach może mieć destrukcyjny wpływ na żywotność opony. Miejscowe spróchnienia i małe pęknięcia, które będą przez całą zimę znajdować się w wilgotnych warunkach powiększą się powodując całkowite uszkodzenie ogumienia. Woda dostając się w lekko uszkodzone zewnętrzne struktury opony przerywa połączenia pomiędzy cząsteczkami kauczuku, a w konsekwencji może doprowadzić do miejscowego rozerwania scalonej powierzchni. Powiększające się stale pęknięcie rozszerza się, docierając do stalowej plecionki, która znajduje się w wewnętrznej części opony, powodując korodowanie. Taka opona nie tylko nie nadaje się już do użytku, ale przede wszystkim stanowi poważne niebezpieczeństwo podczas użytkowania. Nie trzeba przecież wymieniać skutków pęknięcia opony przy prędkości np. 100 km/h.
Woda także powoduje korozję felg. Na stalowych, co oczywiste w wilgotnych warunkach z czasem pojawi się rdza. Natomiast na aluminiowych felgach, jeżeli mają miejscowe spękania, powstaną pęcherze, które będą szpecić obręcze.
Aby zatem przedłużyć żywotność opon i felg należy je przed zimowym przechowywaniem odpowiednio zabezpieczyć. O konieczności dokładnego wysuszenia już opowiedzieliśmy. Jednak, żeby cały proces konserwacji był odpowiednio przeprowadzony, najlepiej użyć dostępnych środków do pielęgnacji kół. W każdym supermarkecie czy sklepie motoryzacyjnym znaleźć można dedykowane produkty do felg i ogumienia. Sposób ich użycia jest bardzo łatwy, a takie zabezpieczenie zagwarantuje ochronę na zimę i przedłużenie żywotności całych kół.
Nie będzie dziś słowa o prędkości, lakierze, pielęgnacji aut czy samochodach. Dziś skupimy się na szeroko podejmowanym ostatnimi czasy temacie trwającej od pokoleń walki- walki płci. W Polsce w obecnych czasach powstało wiele organizacji walczących o prawa kobiet , a jednym z ich nadrzędnych celów statutowych jest równouprawnienie. Przedstawicielki płci pięknej organizują się wokół dedykowanych serwisów internetowych, na łamach których wymieniają się pomysłami oraz doświadczeniami. Nie tak dawno również głośno było w mediach o szykowanej ustawie o parytecie miejsc na listach wyborczych do sejmu dla kobiet i mężczyzn. W rozwiniętych demokracjach równouprawnienie nie jest niczym wyjątkowym, więc i my powinniśmy wspierać Szanowne Panie. Jednak ten wpis dotyczyć ma walki płci w bardziej trywialny, błahy sposób
Kto ma pilota, ten ma władzę. Stwierdzenie to ma swoje bezpośrednie odniesienie do walki płci. Otóż, ile razy zdarzyło się Wam walczyć z ukochanym lub ukochaną o to, co będziecie oglądać w telewizji podczas najlepszego czasu antenowego. Na jednym kanale M jak Miłosć, na innym Na Wspólnej, na kolejnym Pogromcy Mitów, a na następnym transmisja Ligi Mistrzów UEFA. Co zatem robić? Najprostszym rozwiązaniem jest oczywiście zakup drugiego telewizora. Jednak nie zawsze posiadamy na drugi odbiornik miejsce, czy pieniądze. Rozwiązaniem może być także tradycyjne rozwiązywanie sporów, czyli rzut monetą. Ale są jeszcze alternatywne sposoby, które zależą tylko i wyłącznie od kreatywności i pomysłu. Dwie propozycje na zdobycie pilota przedstawiamy poniżej- pod żadną się nie podpisujemy, choć wydają się ciekawe
Nie tak dawno w naszym kraju odbywały sie Mistrzostwa Europy w koszykówce mężczyzn Euro Basket 2009. Wynik sportowy każdy zna. Reprezentacja Polski nie awansowała co prawda do ćwierćfinałów imprezy, jednak występ polskich orłów jest dobrą prognozą na przyszłość i być moze spowoduje otrzymanie od władz FIBA „dzikiej karty” na przyszłoroczne Mistrzostwa Świata, które odbędą się w Turcji. A jak Polscy sportowcy radzą sobie na terenach Azji Mniejszej każdy wie. Polskie siatkarki w 2003 roku, a we wrześniu 2009 siatkarze przywieźli z Turcji złote medale Mistrzostw Europy. Zatem poczekajmy na decyzję władz światowej koszykówki, bo mogą być to dla nas kolejne szczęśliwe i owocne zawody rangi mistrzowskiej na gorącej tureckiej ziemi.
Wróćmy jednak do wątku przewodniego i bardziej związanego z tematem motoryzacji, czyli mistrzostwami Eurobasket 2009. Jak zapewne pamiętacie oficjalną twarzą zawodów był Marcin Gortat. Zaraz po jego przybyciu do Polski, szumnie ogłoszono czym porusza się po polskich drogach nasza największa gwiazda. Portale i gazety motoryzacyjne obiegła informacja, że Marcin wybrał Lexusa LS600hL z hybrydowym silnikiem. Streszczając opisy producentów jest długi, szeroki, wysoki, wygodny, szybki i ma wszystkie dodatki, które sprawiają, że kojarzy się z luksusem (albo Lexusem, bo to prawie tożsame).
Lexus Gortata to jednak niejedyny akcent motoryzacyjny podczas odbywających w Polsce mistrzostw. Oficjalnym samochodem Eurobasketu został wówczas Renault Megane, a francuski koncern przekazał władzom PZKosz 52 samochody, w tym Renault Grand Scenic, Laguna, czy Trafic, do bieżącej obsługi zawodów. Auta reklamowane były w sportowych arenach Eurobasketu oraz podczas transmisji, w telewizyjnych spotach. Prawdą jest, że turniej skończył sie już jakiś czas temu, ale trzeba zadać pytanie, dlaczego na sponsoring zdecydował się właśnie koncern Renault. Czy, aby nie była to pierwsza część zwrotu w strone polskich kierowców…
…a skoro była pierwsza to musi być i druga Brzmi ona… KUBICA W RENAULT!!! Jest to niewątpliwie posunięcie nie tylko czysto sportowe, lecz także marketingowe. Ciekawe od kiedy francuski koncern planował, bądź kiedy podjął już decyzję o zatrudnieniu Polaka, ponieważ informacje o przejściu Fernando Alonso do Ferrari pojawiały się już na początku obecnego sezonu F1. Robert Kubica odbierany jest w kraju i Europie pozytywnie, co mogło wpłynąć na podjęcie decyzji o podpisaniu umowy. Władze koncernu na pewno będą wykorzystywać osobę Roberta do celów marketingowo-promocyjnych podczas eventów. Pamiętamy imprezy PIT LANE PARK organizowane przez, jeszcze obecnego, pracodawcę Kubicy, firmę BMW, które cieszyły się duża popularnością. Renault także organizował w Warszawie swoje pokazy ING RENAULT F1 ROADSHOW, które odwiedziło blisko 80 tys. widzów. Teraz kiedy Kubica oficjalnie stał sie kierowcą francuskiego teamu popularność tego typu imprez z jego udziałem będzie jeszcze większa. Jeżeli do tego Robert będzie zachwycał na torze, osiągając wyniki na poziomie tych z sezonu 2008 i cieszył swoją jazdą polskich fanów Renault będzie mogło odznaczyć sukcesem nie tylko imprezy z udziałem bolidów F1, ale także poziom sprzedaży samochodów w salonach.
Fot: efakt.pl
Pozostaje życzyć Robertowi powodzenia w nowym teamie i trzymać kciuki w kolejnym sezonie F1
Moda na retro na dobre weszła do motoryzacji. Wskrzeszanie kultowych modeli jest ostatnio bardzo popularne. Szczególnie często powstają współczesne wersje dawnych maluchów. Kiedyś ich wielkość była powodowana przede wszystkim kwestiami ekonomicznymi. Dzisiaj doskonale sprawdzają się na zatłoczonych miejskich ulicach.
Swoje drugie życie otrzymały już: Mini, Garbus, Fiat 500, a niedawno także Trabant (przedstawiony podczas salonu samochodowego we Frankfurcie). Auta niewiele mają już wspólnego z ich pierwowzorami. Zachowały charakterystyczne dla poprzedników kształty nadwozia, ale poza tym są w pełni nowoczesnymi konstrukcjami. Tak jest również w przypadku najnowszego pomysłu Hondy z gatunku „powrót do przeszłości”.
Honda EV-N Concept miała swój debiut na salonie samochodowym w Tokio. Auto nawiązuje do modelu N360, który był produkowany przez Hondę na przełomie lat 60. i 70. Model EV-N Concept to jednak bardzo futurystyczna konstrukcja. Samochód jest zasilany silnikiem elektrycznym. Baterie umieszczone w podwoziu można ładować z gniazdka lub, przy dobrej pogodzie, przy pomocy ogniw słonecznych znajdujących się na dachu. W drzwiach pasażera znajduje się monocykl Honda U3-X, który może się okazać przydatny w dojeździe z parkingu do biura. Poza tym Honda ma też fotele zbudowane z łatwo wymiennych elementów, dzięki którym można dostosować wystrój wnętrza do aktualnego nastroju, oraz podświetlanego grila, który nie służy absolutnie do niczego.
Przedstawiciele Hondy zapowiedzieli, że model nie trafi do seryjnej produkcji. Może to i lepiej, bo EV-N Concept jakoś mnie nie urzekł. W tym modelu widać przywiązanie Japończyków do prostoty i ascetycznych wręcz projektów. No cóż… nie od dziś wiadomo, że ich poczucie estetyki bardzo różni się od europejskiego.